
Coraz częściej w mediach pisze się i mówi o wolności słowa, czy może raczej – jego ograniczaniu. Pod płaszczykiem dbania o obywateli i praw ludzi rządy toczą zażarte boje o cenzurę lub (jak kto woli) filtrowanie treści niepożądanych.
Nie od dziś wiadomo, że Internet jest nie tylko medium skierowanym na dzielenie się informacjami każdego z każdym. Nie jest także nowością, że za tą technologią kryją się niewyobrażalne wręcz sumy pieniędzy – kierowanych zarówno na bezpieczeństwo sieci, czy reklamy, a także inne – mniej lub bardziej widoczne – elementy życia sieciowego. Czytaj dalej »
Nie da się ukryć, że gdzie wielka kasa, tam też znajdą się ci, którzy z chęcią położą na niej łapę. Już dziś do czynienia mamy z akcjami, które za cel obierają sobie cenzurę, choć powszechnie mają wzniosłe idee. Jakiś czas temu Google było wręcz szantażowane przez rząd USA, że jeśli nie zaczną filtrować z wyników wyszukiwarek torrentów (a pamiętajmy, że torrenty same w sobie nie są nielegalne w żaden sposób), a także stron uznanych za szerzące piractwo komputerowe (przy czym nikt nie wiedział kto będzie dopisywał witryny na tę listę) to zaczną blokować działania wuja Google’a. Dochodzi wręcz do tego, że rząd ju-es-a pozwala sobie na blokowanie całych domen, które w rzeczywistości jedynie szukają treści (USA kontra torrenty), ale ani ich nie promują, ani nie przechowują w żaden sposób.
To wcale nie pierwsza i zapewne nie ostatnia próba ingerencji w treści wyświetlane w naszych przeglądarkach. Już jakiś czas temu przecież powstawała z inicjatywy Unii Europejskiej próba cenzurowania Internetu. O tym jak powszechne jest cenzurowanie i usuwanie treści niepożądanych przez poszczególne kraje możecie zobaczyć na przykładzie wyszukiwarki Google, która nawet prowadzi statystyki miesięczne z tego zakresu (Gugiel).
O tym, że niektóre rządy kryją za dużo kompromitujących je treści pokazało już nam Wikileaks. Nic więc dziwnego, że niektóre władze bronią się jak mogą i cenzurują co tylko się da. Francuskie HADOPI nic w zasadzie nie zdziałało, Iran, Syria i inne kraje nieustannie są atakowane przez przeciwników blokad, z cenzurą w Chinach to różnie bywa, a jedynie Korei Północnej się to w miarę udało… ale to nic dziwnego, skoro tam w zasadzie nie ma Internetu.
Z tego też powodu powstaje cała masa akcji nawołujących do zaprzestania cenzury. Jedne są nastawione na manifestacje i informację ludzi (Why We Protest?), inne z kolei starają się wziąć sprawy w swoje ręce i kopać dziury pod fundamentami rządów wspierających takie procedery. Przykładem tego drugiego jest ostatnia akcja LulzSecu, który swoje siły połączył z Anonymous (przy czym warto dodać, że dotychczas obie ‘organizacje’ za sobą nie przepadały). W akcji tej nawołują wszystkich hakerów do notorycznego atakowania rządów państw kroczących lub wkraczających na ścieżkę cenzury, a także organizacji i korporacji o podobnych zapędach. O samej akcji można poczytać choćby tutaj: #AntiSec.
Dziwnym trafem cała wrzawa wokół tych ataków i nagonka na hakerów zbiegła się ze wprowadzeniem stosunkowo niedawno nowego prawa w Ameryce, o którym mówił jeden z członków Pentagonu:
A response to cyber-incident or attack on the U.S. will not necessarily be a cyber-response. All appropriate options would be on the table. We reserve the right to use all necessary means — diplomatic, informational, military, and economic.
Przekładając na nasze znaczy to pokrótce to, iż na niektóre ataki internetowe rząd tego wspaniałego kraju będzie mógł odpowiedzieć m.in. odpalając bombę w natarczywego hakera. Przynajmniej tak to wygląda na piśmie, no i chyba nikt nie wierzy w to, że amerykanie będą strzelać rakietami na swoim terytorium w cyberterrorystów, kiedy mogą najzwyczajniej wysłać tam jednostkę policji wyspecjalizowanej (czyt. antyterrorystów =p). Jest to oczywista furtka otwierająca możliwość inwazji na obce państwo – przecież wszystkim znudziły się już poszukiwania wyimaginowanych bomb Husseina, czy klepanie ‘terrorystów’ w Afganistanie (względnie – łapanie nowych złóż ropy).
Sytuacja staje się o tyle gorętsza, że przecież nie zawsze można jednoznacznie wskazać na sprawcę incydentu, nie jest tak trudno także wrobić kogoś innego (Atak na Komodę). No i co, gdy za atak będzie odpowiedzialna grupka szczyli, o których istnieniu rząd, z którego prowadzony był atak pojęcia nie ma?
Umiem już Javascript i ogarnąłem jego najpopularniejszą bibliotekę, czyli jQuery (czego dowodem jest choćby ślicznie obracający się logos na górze strony =)). Przyszedł więc i czas ogarnąć coś większego, a skoro tak – postanowiłem wrócić do zakurzonego już trochę projektu PW. Czytaj dalej »
Zapewne większość z Was pojęcia nie mam o czym biadolę, więc pozwólcie, że streszczę. PW to mój programistyczny projekt stworzenia gry strategicznej. Ten pomysł skakał już po różnych założeniach (od kwadratowej mapy z kilkoma rodzajami jednostek, po kolosa z tysiącem statystyk), pojawiał się na różnych płaszczyznach (czy to Allegro/SDL, czy DirectX w 3D, czy Ruby na darmowym frameworku, czy PHP w przeglądarce), że ciężko tak naprawdę zliczyć ile razy zaczynałem.
W końcu doszedłem do wniosku, że jest to bardziej impuls do nauki nowych technologii i języków niż faktyczny projekt gry komputerowej. Wolę się nie łudzić, że tym razem jest inaczej.
Postanowiłem wykorzystać nowo nabyte umiejętności obsługi jQuery i rozpocząć projekt na nowo (choć korzystam oczywiście z kilku starych i sprawdzonych rozwiązań). Optymistycznie nastawia mnie fakt, że poruszam się w swoim ulubionym środowisku, jakim są dynamiczne strony internetowe, a przy tym rozwijam to, co zawsze mnie fascynowało – tworzenie gier komputerowych. W tworzeniu projektu wykorzystam wiele technologii webowych, a każda będzie miała istotne funkcje, których będę starał się trzymać.
Po stronie serwera znajdować się będą 3 usługi do obsługi gry. Pierwszą będzie baza danych MySQL, która (jak łatwo się domyśleć =p) będzie głównie przechowywać wszelkie dane – od danych użytkowników, przez informacje o jednostkach, po mapy.
Te dane oczywiście będę pobierać wszechmocnym PHP, który to też będzie potrzebny do wszelkich istotnych obliczeń gry. Będzie wysyłać dane początkowe do graczy, obsługiwać zapytania klientów i słać odpowiedzi.
Istotną funkcję będzie pełniła technologia AJAX (czyli Asynchronous Javascript And XML, który jak wiele rzeczy w informatyce ma z lekka nieadekwatną nazwę). Otóż będzie ona nadzorować ruch na linii serwer-klient, czyli obsługiwać komunikację między PHP a Javascriptem.
Ten ostatni to zresztą kolejny język, który wraz z biblioteką jQuery, CSS (być może w wersji 3) oraz xHTML (być może w wersji 5), ew. XML będzie odpowiadać za stronę graficzną gry. Innymi słowy – wszystko, co będzie rysowane i nie będzie wymagać łączenia z bazą danych, będzie liczony przez tę zgraję.
Przykładowo: gracz trafia na mapę, której informacje zostają pobrane z bazy danych, ułożone przez PHP i następnie zagnieżdżone w kodzie Javascriptu dotrą wraz z xHTML i CSS do użytkownika. Gracz wybierając którąś jednostkę widzi jej możliwości ruchu uwzględniające pola, po których nie można się ruszać, które (wraz z polem widzenia) liczone jest przez Javascript. Po wyborze miejsca, gdzie chce się poruszyć, jednostka przy pomocy jQuery zostaje animowana, a AJAX otrzymuje zadanie wysłania informacji do PHP o ruchu. Ten sprawdza, czy istnieje taka możliwość (czy jednostka ma taki zasięg, czy jest w stanie tam dotrzeć itd.) i odpowiada, jednocześnie podając nowe informacje (np. pojawiła się jednostka przeciwnika w polu widzenia). Javascript odpowiednio rysuje mapę uwzględniając otrzymane dane.
Choć to wszystko brzmi zagmatwanie, w rzeczywistości jest całkiem logiczne i oczywiste.. ale po prostu musiałem o tym napisać. =)
W kolejnej notce z cyklu dotyczącego moich prac nad PW będę opisywał jak uporałem się w wyświetlaniem oraz obsługą (na razie podstawową) mapy po stronie klienta. Nawet nie wyobrażacie sobie ile przelanej krwi, nieprzespanych nocy i wycia do księżyca mnie to kosztowało. =p
Tymczasem do artykułu dołączona jest zajawka przedstawiająca fragment rysowanej mapy oraz pasek edytora map. =)
Jest to fragment większego opowiadania, które kiedyś miałem zamiar ukończyć, a którego zakończenia nie było mi dane napisać. Poprawiłem błędy, część tekstu przeredagowałem, trochę usunąłem i odrobinę dodałem do oryginalnej wersji. Co prawda jest trochę infantylny, ale mam nadzieję, że nie nudny. Choć nie pamiętam do końca jak potoczyć miała się ta historia w kolejnych częściach, być może uda mi się wycisnąć z siebie trochę duszy pisarza i skrobnę część dalszą. Tymczasem zapraszam do lektury. Czytaj dalej »
Spojrzałem na swoją niedopitą kawę. Wywar miał wojskową klasę „B” – był świeżo zaparzony i ciepły, ale nie parzący. Z pewnością nie nadawałby się do wylewania na wieśniaków szturmujących zamek. Chociaż nie był tak aromatyczny jak kawa, którą miałem zwyczaj pić w domu, przywykłem do niego.
Teraz znajdowałem się jednak miliardy kilometrów od mojej rodzinnej planety, na pokładzie „Auroli” – niewielkiego frachtowca wojskowego. Tylną część statku zajmowała maszynownia oraz generator napędu nadprzestrzennego, środkową natomiast ładownia i stołówka, a przednią kwatery mieszkalne, ambulatorium i – rzecz jasna – mostek. Pojazd dodatkowo posiadał dwie wieżyczki plazmowe – jedną na górze, a drugą na dole. „Aurola” miała tyle gracji, co betonowy kloc. Ślamazarne ruchy statku kosmicznego dodatkowo były podkreślane jego kanciastą budową, a po pierwszym spojrzeniu na przerdzewiałe osłony zewnętrzne od razu było widać, że to nie najmłodszy model.
Rozmiar statku nie miał jednak swojego odbicia w sieci korytarzy. Były one tak wąskie, że nadchodzący z przeciwka musieli przyciskać się do ścian. Na suficie co trzy metry rozlokowano czerwone lampy alarmowe, a co sześć syreny. Strzałki na podłodze miały znaczenie, gdy statek był w pogotowiu, a żołnierze w pełnym opancerzeniu, przez co minięcie się z kimś w korytarzu możliwe byłoby gdybyśmy mieli dziury w ścianach. To znaczy większe niż te obecne.
Ładownię „Auroli” wypełniono szarymi kontenerami 2x2x2 metry. To w nich znajdował się cały transport medykamentów. Bandaże, plastry, żele przyspieszające gojenie, morfina, przenośne zestawy medyczne, a nawet stimpaki i oprogramowanie medyczne do kombinezonów osobistych. Wszystko to pierwotnie „Aurola” miała przewieźć na pochłonięty wojną świat Kassarusa, ale w międzyczasie dostaliśmy tę ‘misję specjalną’ i utknęliśmy na tym zadupiu.
Teraz byliśmy tu, ja i reszta oddziału, w celu przechwycenia agenta ze światów zewnętrznych. Naszym zadaniem było odeskortowanie go do sztabu. W grę wchodzą niezwykle cenne dla nas, a raczej dla dowództwa, dane wywiadowcze.
Psia mać! Nie po to wstąpiłem do armii, żeby siedzieć i, popijając kawę, układać sobie pasjansa. W dodatku czekanie na tego popaprańca ma obrzeżach układu było równie fascynujące co strzelanie ślepakami do tarczy. I równie bezcelowe.
Spojrzałem na siedzącego obok Sejaka. Jak on mógł przejść selekcję? Nie dość, że to jeszcze dzieciak to jeszcze ta jego anorektyczna postura. Kończyny jak jakieś przeszczepy, niski jak niziołek i talia przypominająca wypaloną zapałkę. Brakowało mu nie tylko krzepy, ale i mentalności typowego żołdaka. Nigdy nie miał swojego zdania i bał się chyba wszystkiego.
Biedak był równie znudzony swoją misją jak ja. Jedyne co robił to co chwilę sprawdzał odczyty skanera, chociaż i tak mostek będzie wiedział wcześniej o przylocie naszego ptaszka. Siedzieliśmy przy dokach, gdzie będzie cumować nasz gość. Niewielki, oszklony pancerną szybą posterunek przypominał wieżę lotów. Stał na obrzeżu wielkiej hali, w której lądowały myśliwce lub inne małe statki. Zanim zdążyłem sobie rozłożyć kolejną rundkę pasjansa, przy włazie doku zaczęło migać żółte światło.
-Sejak. Jurkowski. – Rozległo się ku uciesze młodego radio, które wieki temu położyliśmy na stole. – Szykujcie się do przyjęcia ładunku. Cel się zbliża. Przechwycić agenta i przyprowadzić na mostek.
-Tak jest – odkrzyknęliśmy niemal równocześnie.
Rzuciłem karty, wziąłem ostatni łyk kawy i zbliżyłem się do bulaju, zakładając jednocześnie swój hełm. Po chwili dostrzegłem kapsułę ratunkową dryfującą w stronę „Auroli”, a nieco dalej patrolowiec zostawiający za sobą wydłużającą się smugę plazmy z napędu. Gołym okiem widać było, że został ostrzelany.
Wraz z Sejakiem czekaliśmy na stanowisku cumowniczym na zbliżający się pojazd. Gdy tylko zakotwiczył na hali, a drzwi hangaru się zamknęły, podbiegliśmy do maszyny.
Powierzchnia kapsuły w kilku miejscach poznaczona była trafieniami z działek laserowych średniego kalibru, ale żaden z nich nie był w stanie przebić poszycia. Na lewej burcie widniała namalowana bandera Przymierza i napis, najpewniej nazwa patrolowca – „Vinia”. Przez wizjer nic nie było widać.
Po chwili właz kapsuły ustąpił z sykiem i stękaniem konającej hydrauliki. Zgrzyt metalu nie był niczym przyjemnym.
Ku naszemu zdziwieniu z ciemności wnętrza wyłoniła się kobieca postać w wojskowym mundurze, pewnie stojąc na nogach. Odgarnęła z czoła potargane włosy i przebiegła wzrokiem po nas. Pech chciał, że zatrzymała się na mnie. Patrzyła mi prosto w oczy i mimo że dzieliła nas spora odległość sparaliżowało mnie. Było w tej kobiecie coś niebywale niepokojącego. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nawet mając na sobie kombinezon wspomagany z łatwością byłby w stanie wyrwać mi kręgosłup. Zerknęła na mój pagon.
-Kapitan Rosie Luisel. Piąty oddział wywiadu szwadronu Kappa. Zaprowadźcie mnie do dowódcy. Trzeba natychmiast wydać rozkaz odwrotu. Obawiam się, że nie przybyłam tu sama…
Jak na potwierdzenie jej słów zawyły syreny alarmowe, a pomieszczenie zalała czerwona fala świateł. Ruszyliśmy na mostek – pierwszy Sejak, potem pani kapitan, a na końcu ja z bronią gotową do strzału. Na wszelki wypadek.
Mijając ambulatorium zatrzęsło statkiem, a nas rzuciło na ścianę. Z każdą chwilą robiło się coraz głośniej, a atmosfera na pokładzie stawała się z każdą sekundą gęstsza.
-Macie agenta? – zawył głos w moim hełmofonie. To był nasz dowódca.
-Tak jest, sir – rzuciłem bez wahania.
-Dawać ją tu natychmiast!
-Tak jest, sir – nie domyśla się, że właśnie staramy się to zrobić?
Kilka pomieszczeń dalej usłyszałem terkot dział pokładowych. Luisel miała rację. Goniła ją co najmniej eskadra myśliwców, jak zgraja os chciwego misia.
W końcu trafiliśmy na mostek. Nasz dowódca – pułkownik Gienadij Zabliv, stał przed dużym ekranem, na którym migały różnokolorowe figury geometryczne. Nie trudno było zgadnąć, że czerwone trójkąty, których było koło tuzina, to wrogie jednostki. Choć na korytarzach panował totalny chaos, to tutaj, w centrum dowodzenia statkiem, wszyscy zdawali się być spokojni i opanowani.
-Wydać rozkaz odwrotu – wrzasnęła pani kapitan, już w progu pomieszczenia.
-Ja tu dowodzę i dobrze wiem co należy robić – odpowiedział opryskliwie Zabliv i odwrócił się w naszym kierunku. Był barczystym, muskularnym mężczyzną i miał trochę świński nos. Jego krzaczaste brwi pasowały do głęboko osadzonych, ciemnych oczu, a pokrytą gęstymi zmarszczkami i starymi bliznami głowę przyozdabiały siwe włosy, skryte pod wojskową patrolówką.
-Za kilka sekund będziemy mieć obliczenia komputera nawigacyjnego do skoku w nadprzestrzeń – krzyknął jeden z techników siedzących przy monitorach.
Statkiem znowu zatrzęsło. Tym razem mocniej. Wszyscy upadli na ziemię. Tu i tam zaczęły iskrzyć oderwane przewody. Kolejna fala silnych wstrząsów. Zerknąłem za siebie. Światło zaczęło mrugać i czuć było swąd spalonej izolacji. Z pękniętych rur zaczęła walić para zasnuwając korytarze mgłą. W niektórych miejscach płaty metalu pokrywające wewnętrzną część statku skapitulowały i oderwały się od poszycia.
Zamknąłem oczy i…
Zobaczyłem błysk. Nagle wszystko ucichło.
Dopiero po chwili usłyszałem trzaski w hełmofonie, skwierczenie instalacji elektrycznej frachtowca i syk pary. Byliśmy w nadprzestrzeni.
Otworzyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że leżę na podłodze. Natychmiast wstałem, ale zrobiłem to za szybko, przez co straciłem równowagę i znowu upadłem. Serwomechanizmy zawyły, a jeden ze wskaźników wizjera zamigał ostrzegawczą żółcią, co znaczyło dokładnie ‘hej, bałwanie, przewróciłeś się’.
Opanowałem drżenie ciała i wstałem ponownie, tym razem bez niespodzianek. Nie tylko ja miałem problem z równowagą – Sejak wciąż niezgrabnie gramolił się z podłogi, starając się opanować kombinezon. Nieopodal widziałem jednego z techników łatającego rury, a trochę dalej medyka kończącego bandażować lewe przedramię pułkownikowi Zablivowi, który chwilę później udał się na rozmowę z panią kapitan.
Przez najbliższy czas nie brakowało mi roboty. Pomagałem przy łataniu dziur, naprawie elektroniki, stabilizowaniu światła oraz odblokowywaniu włazów do niektórych pomieszczeń statku.
Po dwóch godzinach odbyła się w stołówce odprawa dla wyższych stopniem, którą mogłem podsłuchać, pomagając jakiemuś inżynierowi w naprawie systemu gaśniczego.
-Za około osiem godzin „Aurola” dotrze do naszego celu – poinformował przybyłych Zabliv. – Pani kapitan postanowiła uznać na czas powrotu moje zwierzchnictwo i od teraz jest moją zastępczynią, a ponieważ jest tu naszym gościem chcę jej przydzielić straż przyboczną. – ‘Straż przyboczna’ tak najczęściej mówi się o żołnierzach eskortujących VIPów, których głównymi zadaniami są przynoszenie śniadania do wyra, prasowanie ubrań i pilnowanie kwatery.
-Moi chłopcy z przyjemnością podejmą się tego wyzwania – odpowiedział sierżant Rafael Stoneteach, który był jednocześnie dowódcą mojej jednostki. O mało nie spadłem z drabinki, na której stałem. My będziemy pilnować pani kapitan?
-Dobrze. Sam ustal komu przypadnie ten zaszczyt – rozkazał pułkownik.
-Myślę, że obecny tu szeregowy Jurkowski z pewnością podejmie się tego zadania – zaschło mi w gardle i powoli odwróciłem się w stronę zgromadzenia. Wszyscy byli wpatrzeni we mnie.
-Ależ sie… sierżancie! Nie skończyliśmy jeszcze reperować statku, a ponieważ znam się na elektronice jestem tu niezbędny – cicho odpowiedziałem na wypowiedź Stoneteacha.
-Nie jesteś niezastąpiony. Zdenek poradzi sobie bez ciebie. Chcę cię widzieć za piętnaście minut pod kwaterą pani kapitan, jasne?
-T.. tak jest, sir – chciałem zasalutować, ale postanowiłem nie ruszać się na i tak ledwo stojącej drabinie.
-Jeśli można spytać panie pułkowniku – odezwał się dowódca innej jednostki. Był wysoki, a jego szeroka twarz i łysa głowa wyraźnie mówiła, że należy do osobnika, z którym nie warto zadzierać. Umięśnione ciało pokryte jakimś tysiącem blizn świadczyło o bujnej karierze na pierwszej linii frontu.
-Tak sierżancie Crecko? – Zabliv zaczął gładzić swój podbródek.
-Co to za dane, dla których ryzykujemy swoje tyłki?
-Te dane są ściśle tajne – uprzedziła pułkownika panna Luisel. – Nie wolno nam udzielać żadnych informacji na ten temat.
-Pułkowniku! – głos wydobył się z hełmofonu dowódcy i chociaż tylko on powinien go usłyszeć, przez otwartą osłonę wizjera wszyscy go słyszeliśmy.
-Tak?
-Mówi pilot – odezwał się znowu głos, który teraz wyraźnie zaczął drżeć. – Mamy kłopot. Mógłby pan tu przyjść, sir?
-Za moment będę – odpowiedział Zabliv. – Macie osiem godzin odpoczynku, a teraz rozejść się. Po tych słowach pułkownik zniknął w drzwiach prowadzących na mostek. Ja także miałem ochotę jak najszybciej się ulotnić.
Szybko udałem się do swojej kwatery, zdjąłem kombinezon i wślizgnąłem się w zwyczajne, mundurowe spodnie, po czym zapiąłem wyprasowaną koszulę. Przed kwaterą pani kapitan stał niski żołnierz o krótkich blond włosach.
-Ty na zmianę? – rzucił w moją stronę.
-Taa – odpowiedziałem.
-Zamelduj się u pani kapitan. Ja już spadam. Czas coś zjeść.
-Okay – ziewnąłem i podszedłem do drzwi. Dlaczego akurat mnie to musiało spotkać? Zapukałem.
-Proszę – usłyszałem w odpowiedzi, więc wszedłem do środka.
-Szeregowy Piotr Jurkowski melduje się na posterunku – wyprężyłem się jak struna oddając perfekcyjny salut. Nogi miałem jak z waty.
-Witam – z bocznego pomieszczenia wyszła Luisel. Miała na sobie ciemne jeansy i bluzkę w kolorze purpury.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wcześniej nie miałem okazji dobrze się jej przyjrzeć. Była szczupła i wysoka, a do tego nawet bardzo atrakcyjna. Na pewno nie przekroczyła czterdziestki. Zostać kapitanem w takim wieku? Ciekawe. Wyprostowane ramiona i uniesiona broda mogły świadczyć zarówno o jej arogancji, jak również zwykłej pewności siebie. Blond włosy sięgały jej nieco poniżej ramion. Były dość długie, żeby wyglądała seksownie, ale dość krótkie, aby zwrócić uwagę rozmówcy, iż jest od niego mądrzejsza.
-Spocznij – rzuciła i spojrzała na mnie swoimi błękitnymi oczami, ale… trochę inaczej niż wtedy w doku. – Wyglądasz na mniej przestraszonego niż inni.
-Tak jest ma’am – wykrztusiłem w odpowiedzi. Może wyglądam, ale z pewnością się tak nie czuję. Uśmiechnęła się.
-Usiądź. Porozmawiamy – powiedziała. – I… spocznij.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że stoję jak debil z ręką przy skroni i wgapiam się w jej oblicze. Szybko opuściłem dłoń i wypuściłem powietrze. Czy aby nie za głośno?
Nie wiem, czy można siedzieć na baczność, ale nie było chyba trafniejszego opisu dającego wyraz temu, jak wyglądałem. Usiadła przy okrągłym stoliku naprzeciwko mnie i sondowała mnie swoimi niebieskimi oczami.
-A więc… szeregowy Jukoski, tak?
-Jurkowski ma’am – poprawiłem. Czułem lepki pot na wnętrzu dłoni.
-Tak. Jurkowski. Przepraszam. Zawsze mam problemy z tymi waszymi nazwiskami – zachichotała.
-Nie szkodzi ma’am – czyżbym czoło także miał już mokre?
-A więc szeregowy Jurkowski. Właśnie otrzymałam wiadomość od sierżanta, że będziemy na miejscu przed czasem. To dobra wiadomość, ale jest też zła.
-Jaka?
-Podczas ataku myśliwców zostały uszkodzone silniki główne – spoważniała. – Mamy tylko te nadprzestrzenne i manewrowe. Będziemy musieli lądować awaryjnie.
-Przykro mi ma’am.
-Nie musisz się tak do mnie zawracać.
-Tak jest ma’am – wypaliłem zanim dotarło do mnie znaczenie jej słów. Znowu się roześmiała. Czyżbym aż tak bardzo się pomylił oceniając ją tam, na stanowisku cumowniczym? A może bawiła się ze mną jak kot z myszą zagonioną w kąt pokoju?
-Przepraszam – chciałem to powiedzieć, jakbym był pewny siebie, ale efekt był odwrotny i głos mi się załamał. Znowu się roześmiała. Nie śmiała się szyderczo, raczej… życzliwie?
-Wiesz co żołnierzyku? Śmieszny jesteś – kolejny uśmiech.
-Pani wybaczy śmiałość – nie mogłem się powstrzymać, żeby to powiedzieć. – Nie przypomina pani osoby, którą poznałem jako kapitan Rosie Luisel.
Następny śmiech, po którym nastąpił moment ciszy. Po chwili pani kapitan postanowiła się odezwać:
-Trzeba dbać o swój wizerunek w armii, prawda? – spytała i zanim zdążyłem odpowiedzieć dodała: – kogo żołnierze prędzej posłuchają – przyjaznego kolegi, czy władczego przywódcy?
-Raczej… przywódcy?
-Raczej? Pytasz czy odpowiadasz?
-Odpowiadam.
-Z pewnością przywódcy!
-Z pewnością ma’am – nie zdążyłem się ugryźć w język.
-Jesteś niereformowalny.
-Przykro mi pani kapitan.
Nasza rozmowa nie trwała długo. Luisel postanowiła zdrzemnąć się te kilka godzin i zamknęła się w swojej sypialni. Ja zostałem przy stoliku i wyjąwszy karty z kieszeni pomyślałem, że zawsze mogło być gorzej.
Kilka godzin później zawyły syreny, a z głośników wydobył się automatycznie odtworzony, sztuczny głos kobiety:
-Za trzydzieści minut statek wejdzie na orbitę planety. Proszę o zajęcie miejsc i przygotowanie się do lądowania.
-Oho. Zaczęło się – skwitowała Luisel wychodząc ze swojej sypialni. Nie zdążyłem schować rozrzuconych na stoliku kart, ale pani kapitan tylko na nie spojrzała i zaraz zawróciła do pokoju. – Daj mi chwilkę na przebranie – powiedziała jakby nie do mnie, bo zanim skończyła mówić już jej nie było. Nie odpowiedziałem.
Nie minęło pięć minut jak kapitan wyszła do mnie w pełnym opancerzeniu i nie mniej wojskową miną. Zdałem sobie sprawę, że skończyły się uśmiechy. Odeskortowałem ją na mostek i wróciłem do siebie przebrać się w kombinezon bojowy.
-Za dwie minuty… – powtarzał kobiecy głos, podczas gdy cała załoga sadowiła się w kapsułach ratowniczych. Oczywiście gdyby pilot nie był w stanie bezpiecznie wylądować i spalił statek w atmosferze to żadna kapsuła by nam nie pomogła, ale siedzenie w nich dawało chociaż komfort psychiczny. Wszyscy zamocowali przewody pasów i pozamykali swoje hełmy, posiadające własne systemy podtrzymywania życia i klimatyzację, które wkrótce miały okazać się dla nas zbawieniem. ‘Teraz wszystko w rękach pilota’ – pomyślałem.
„Aurola” wchodziła w atmosferę. Za ostro. Po kilku sekundach czułem rosnącą temperaturę, a moja koszulka była cała niczym mokra plama. Wszystko się trzęsło, a silniki manewrowe rzęziły na najwyższych obrotach, dając z siebie wszystko. Ich odgłos przypominał wycie zarzynanych świń.
Na czołach kamratów zobaczyłem krople potu, które później zamieniały się w potoki. Serwomechanizmy kombinezonów bojowych, z chłodzeniem osobistym na czele, jęczały nieprzyzwyczajone do takich obciążeń. Z każdą sekundą było coraz gorzej. Zerknąłem na zewnątrz i od razu tego pożałowałem. Kolejne fragmenty poszycia odrywały się od statku, a bulaj sprawiał wrażenie jakby płonął. Widziałem jak spływające krople jakiejś cieczy w zetknięciu z metalową podłogą natychmiast parowały, a sam kadłub przegrzewał się niemal do przezroczystości. Z sufitu sypały się nity, a po pomieszczeniu latały urwane kable i resztki izolacji termicznej.
Ktoś zwymiotował.
Ktoś odmawiał pacierz.
Nagle nastąpiła cisza i minęła chwila zanim zdałem sobie z tego sprawę. Widziałem jeszcze przez chwilę jak inni krzyczą, ale nic nie byłem w stanie usłyszeć. Wszystko znieruchomiało. Czułem, jakby czas się dla mnie zatrzymał. Nieprzenikniony mrok przyszedł szybko, ale zanim odpłynąłem, półprzytomny zadałem sobie bezsensowne pytanie – czy jak umrę we śnie to dowiem się o tym dopiero rano?
Dziesiątki tysięcy stron, tysiące publikacji i poradników internetowych, dziesiątki książek, a wszystko o technologii zwanej Flash. Dziś postaram się wytłumaczyć czy i dlaczego nie należy korzystać z dobrodziejstw tego ustrojstwa. Gdzie można, a gdzie kategorycznie nie powinno się go stosować? Czemu Flash nie jest uważany za dobrą technologię przez większość webmasterów?
Czym jest Flash zapewne każdy z Was już wie, jeśli jednak nie – postaram się w skrócie wytłumaczyć. Jest to technologia opracowana przez firmę Macromedia (dziś należąca do firmy Adobe) do wektorowego przedstawiania multimedialnych prezentacji. Wykorzystując grafikę wektorową oraz kod pisany w ActionScrypcie (podobny do JavaScriptu) szybko stał się popularnym bywalcem stron internetowych. Początkowo nieśmiało pokazywał się na stronach jako gry flashowe, reklamowe buttony i bannery, z czasem coraz częściej widywany był w logach, czy innych miejscach stron, gdzie ważna była efektowność prezentowanej treści. W końcu zaczęły powstawać całe strony oparte tylko i wyłącznie na plikach (czy częściej – pojedynczym pliku) Flash.
Tworzenie takich stron dla wielu było solidną alternatywą dla standardowych technologii tworzenia witryn. Zamiast uczyć się HTMLa, CSS, JavaScriptu oraz tworzenia i/lub edycji grafiki rastrowej na potrzeby www, wystarczyło posiedzieć nad jednym językiem (ActionScript), a układ strony był na starcie rysowany w programie Macromedii, zamiast być kreowany przy pomocy HTML i CSS. Ponadto efektowność takiej strony często przewyższała znacznie witryny napisane standardowymi technologiami. Czemu więc nie jest do tak dobra technologia i należy uważać z jej używaniem?
Pierwszą ułomnością w dostępności, często zresztą pomijaną i mało widoczną, jest brak semantyki. Obiekty typu Flash są zarówno dla przeglądarek, jak i wyszukiwarek internetowych pojedynczym obiektem – publikacją multimedialną bądź filmem. Nie ma tu więc mowy o indeksowaniu strony w wyszukiwarkach (innymi słowy – taka strona jest skrajnie słabo widoczna w sieci). Do tego strony takie nie są dostępne dla osób niewidomych lub niedowidzących, bo programy, które ‘czytają’ strony dla takich osób nie są w stanie poradzić sobie z Flashem.
Kolejną sprawą jest fakt, że Flash nie wszędzie działa – iPhony, czy iPady, które ostatnimi czasy podbijają rynek nie są w stanie wyświetlać takich elementów. Także wyszukiwarki często mają z tym kłopoty – nie dość, że niezbędne są specjalne wtyczki do ich obsługi to jeszcze ich wyświetlanie zżera niemałe zasoby komputera. Widać to szczególnie przy słabszych maszynach. Ponadto do niedawna wyświetlanie Flasha było katorgą dla systemów Linuxowych.
Nie zawsze także internauci będą mieć możliwość obejrzenia takiej strony w kafejce internetowej, czy pracy (często takie wtyczki nie są zainstalowanie, a ich implementacja jest zablokowana przez administratora). Nie każdy też musi być obeznany z technologiami internetu i wiedzieć, że należy pobrać i zainstalować wtyczkę – prędzej taka osoba zrezygnuje z przeglądania danej witryny.
Ostatnią rzeczą dotyczącą dostępności, którą chciałbym poruszyć jest waga informacji flashowej. Niemal zawsze strony we Flashu więcej ważą od witryn napisanych w innych technologiach. Co za tym idzie ich wyświetlanie jest dłuższe, a także niepotrzebnie obciąża sieć i transfer danych. Choć mówi się, że era modemowego dostępu do internetu już minęła, wciąż nie należy zapominać o bezprzewodowym dostępie do internetu. Osoby korzystające z takich dobrodziejstw bardzo szybko zrezygnują z usług takiej flashowej witryny, a nieraz nawet mają wyłączone wyświetlanie elementów typu Flash. Ponadto nie każdy ma w domu lub firmie szybkie łącze internetowe, a większość internautów widząc pasek ładowania, który leniwie się porusza opuści stronę nim ten dojdzie do 100%. Webmasterzy zapominają także najwidoczniej, że sami muszą za taką technologię więcej płacić, bo przecież transfer danych także kosztuje.
Kolejnym etapem rozważań jest funkcjonalność tejże technologii. Dla stron we Flashu nie istnieją przeglądarkowe przyciski Wstecz, Dalej, czy Odśwież. Nie ma także możliwości dodania do ulubionych zakładek którejkolwiek podstrony – zawsze musimy zaznaczyć całą stronę i potem za każdym razem dotrzeć do interesującej nas treści.
Wręcz przeciwnie! Są dostępne już technologie, które potrafią znacznie polepszyć wygląd strony, a jednocześnie pozbawione są wad (albo przynajmniej większej ich ilości) Flasha. Nie jest nim niestety Microsoftowy Silverlight, często właśnie podawany jako alternatywa, gdyż działa na identycznej zasadzie. Warto jednak przyjrzeć się właśnie możliwością JavaScriptu (w tym standardowi DOM, technologii Ajax, czy skryptom pokroju jQuery). W nowych wersjach HTML oraz CSS także dostajemy możliwość prezentacji danych, które są zbliżone do możliwości oferowanych przez Flasha.
Choć wiele osób wieszczy koniec tej technologii (i wcale im się nie dziwię) to nie widzę przeszkód w sensownym i rozsądnym jej używaniu. Nie jest problemem stworzenie elementów witryny we Flashu takich jak logo, button, czy banner. Należy jednak pamiętać, aby treść merytoryczna była niezależna od tej technologii i albo prezentować dwie wersje strony, albo po prostu zostawić Flasha tylko do elementów graficznych. Nie zapominajmy także, że menu we Flashu to także element merytoryczny! Bez Flasha nie będzie menu, a bez menu internauta nie dotrze na takiej stronie nigdzie.
Zatem webmasterze – używaj Flasha z głową!
Być może zwróciliście uwagę (a być może i nie =p), ale mój ‘słitaśny blogasek’ zmienił barwy. =)
Zmiana barw to jednak nie wszystko, co zmieniło się na stronie. Blog stał się wg. mnie nieco bardziej przejrzysty, stał się bliższy społecznością (lekka integracja z Facebookiem), dodałem kilka większych i mniejszych bajerów, a do tego wszystkiego poprawione wsparcie RSS, ciut więcej ciekawych linków i moja skromna historia dotycząca stron WWW (opisana w skrócie prawdę mówiąc =p).
W planach natomiast jest strona ‘O mnie’, dodatnie wreszcie tagów do wpisów (coś za tymi tagami nie przepadam =p), no i być może jakieś sondy. Dodałem także nową stronę – ToDo. Jest to opis niektórych moich projektów, które są w fazie produkcji i/lub zostały zawieszone z wielu różnych przyczyn, w najróżniejszych stadiach produkcji. Nie przejmujcie się tym, co się tam znajduje – większość to i tak tylko moje marzenia.. =p
może zwróciliście uwagę (a być może i nie =p), ale mój ‘słitaśny blogasek’ zmienił barwy. =)
Zmiana barw to jednak nie wszystko, co zmieniło się na stronie. Blog stał się wg. mnie nieco bardziej przejrzysty, stał się bliższy społecznością (lekka integracja z Facebookiem), dodałem kilka większych i mniejszych bajerów, a do tego wszystkiego poprawione wsparcie RSS, ciut więcej ciekawych linków i moja skromna historia dotycząca stron WWW (opisana w skrócie prawdę mówiąc =p).
W planach natomiast jest strona ‘O mnie’, dodatnie wreszcie tagów do wpisów (coś za tymi tagami nie przepadam =p), no i być może jakieś sondy. Dodałem także nową stronę – ToDo. Jest to opis niektórych moich projektów, które są w fazie produkcji i/lub zostały zawieszone z wielu różnych przyczyn, w najróżniejszych stadiach produkcji. Nie przejmujcie się tym, co się tam znajduje – większość to i tak tylko moje marzenia.. =p