06.06
2010

Czy zdarzyło się Wam oglądać kiedyś film lub serial w obcym języku? Czy zdarzyło się Wam, że użyliście napisów z tłumaczeniem, niezależnie od tego, czy język mówiony w utworze rozumieliście, czy nie? Czy zdarzyło Wam się kiedyś zdenerwować na tłumacza za to jak spartolił swoją pracę? Mi nieraz.
W zasadzie ów temat jest dedykowany wszystkim tłumaczom – niezależnie od tego co tłumaczą, jednak iskrą zapalną do spłodzenia tego tekstu było tłumaczenie serialu anime pt. Naruto na shippuuden.pl. Choć ów tłumaczenie na tle innych tłumaczeń jest raczej poprawne, a i z samym tłumaczeniem trzeba się spieszyć, by wydać tego samego dnia, co oryginał. Tylko – no właśnie… jaki jest sens tłumaczenia, które nieraz trzeba wręcz tłumaczyć jeszcze raz na normalny język? Tym bardziej, że niby to tłumaczenie przygotowały cztery osoby? Gdzie podziała się korekta, która przecież powinna być obowiązkowa w tego typu przedsięwzięciu?
Poniżej przedstawiam pięć głównych mankamentów tłumaczeń, które zaobserwowałem przez lata doświadczeń z filmami oraz serialami zarówno tymi real-life, jak i animacjami.

5. Czy leci z nami korektor?

Większość błędów można spokojnie wychwycić, gdy zespół tłumaczy ma do dyspozycji choć jednego dobrego korektora. Często zdarzają się nieprzetłumaczone linie tekstu, które tłumacz zostawił sobie ‚na deser’, a które nie mają prawa dostać się do końcowego odbiorcy w formie nieprzetłumaczonej. Zawsze też korektor może coś dopowiedzieć lub zaproponować zmianę danego fragmentu. Niestety często jest tak, że o korektorach się zapomina lub uważa ich za niepotrzebnych, a dopiero ich brak (albo kiepską jakość korektora) można zobaczyć w wyniku końcowym nad pracą z tłumaczeniem.

4. Nie widzę, co piszę mości panie…

Tłumaczenie na sucho to kolejny uciążliwy grzech tłumaczy. Następstwem takiego postępowania są różne dziwne błędy – czy to występowanie liczby mnogiej, gdzie powinna być pojedyncza, czy przekręcenie czyjejś płci, czy najzwyczajniej tekst nie pasujący do kontekstu. Przykładowo tekst ‚Go away!’ można przetłumaczyć jako ‚Odejdź!’, ale takie tłumaczenie może wydać się sztuczne lub po prostu dziwne, gdy patrząc na kontekst (np. bohater usilnie prosi, aby dana osoba wreszcie opuściła miejsce zdarzenia w pośpiechu z powodu zagrożenia) bardziej pasuje ‚Uciekaj!’.

3. Gdy tłumacz nie wie o czym pisze…

Brak znajomości tematu to trzeci grzech tłumaczy tekstów do filmów i seriali. Nieraz zdarzało mi się czytać napisy, w których chyba sam autor nie miał pojęcia o czym pisze, bo nijak miały się do prezentowanej treści na ekranie. Mówię tu zarówno o nieznajomości danej serii lub poprzednich części danego filmu, która to znajomość jest nieraz niezbędna, aby tłumaczyć, jak i najzwyklejszego braku wiedzy technicznej z tego, o czym się pisze. I tak naszym oczom ukazują się dziwne tłumaczenia. Przykładowo spotkałem się z przekładem tekstu żołnierzy, gdy jeden krzyczał ‚Four is down’ (‚Czwórka nie żyje/Czwórka oberwał’), a tłumacz niewiele myśląc zaserwował czytelnikom tekst ‚Czterech martwych’.

2. Raz na lewo, raz na prawo…

Naprawdę nie uważam za błąd nie tłumaczenie nazw własnych, imion, nazw technik, czy miejsc. Nie jest dla mnie także błędem, gdy ktoś zostawia (lub pomija) wszelkie przyrostki w anime pokroju -chan, -san, czy -sensei. Nie toleruję jednak i uważam za vice-najgorszy błąd, gdy autor nie jest zdecydowany jak postąpić i popełnia grzech niekonsekwencji. Nie ma niczego bardziej mylącego i przeszkadzającego w oglądaniu niż słuchanie raz za razem, że dana technika nazywa się Fire Punch, a innym razem Technika Ognistej Pięści, po czym znowu oryginał itd.

1. Piszę po własnemu, bo tylko taki język umiem.

Najgorszym błędem jest jednak nieznajomość języka. Któregokolwiek – czy tego z którego tłumacz przekłada, czy tego na który przekłada. Rozumiem, że jeśli ktoś nie zna któregoś z tych języków to nie powinien być nawet dopuszczony do tłumaczenia, bo skoro zgrywam napisy podpisane jako ‚Polski’ to oczekuję, że napisy będą po Polsku, a nie po polskawemu, czy polskiemu. Nie obchodzi mnie w tym momencie, czy korektor miał złamane jelito, czy tłumacz upośledzony w korzystaniu ze słownika, czy też miał jakieś dysmózgowie. Jeśli nie umie to niech się za to nie zabiera – chyba proste? Ileż razy widziałem napisy, gdzie był błąd na błędzie, czy to interpunkcja kwiczała (tak! Przed przecinkami nie stawiamy spacji!), czy ortografia (‚otuż’ i ‚ktury’ nie występują w polskich słownikach), czy logika (ot takie ‚zabili go i uciekł’). Ileż razy widziałem, gdy autor tłumaczenia nie miał podstawowej wiedzy o języku, z którego miał zamiar tłumaczyć i tak mamy tłumaczenia typu ‚eventually’ -> ‚ewentualnie’, ‚actual’ -> ‚aktualny’, czy ‚receipt’ -> ‚recepta’?

Piszem good, winc tumacze!

Mam nadzieję, że nakreśliłem choć te najważniejsze błędy w tłumaczeniach. Wiem, że nikt, kto zajmuje się przekładem tekstu dla naszej wygody tu nie zajrzy, a nawet jeśli to jedynie machnie ręką, ale musiałem zwrócić uwagę. Bo ten typ już tak ma.

Komentarze: