10.06
2011

Jest to fragment większego opowiadania, które kiedyś miałem zamiar ukończyć, a którego zakończenia nie było mi dane napisać. Poprawiłem błędy, część tekstu przeredagowałem, trochę usunąłem i odrobinę dodałem do oryginalnej wersji. Co prawda jest trochę infantylny, ale mam nadzieję, że nie nudny. Choć nie pamiętam do końca jak potoczyć miała się ta historia w kolejnych częściach, być może uda mi się wycisnąć z siebie trochę duszy pisarza i skrobnę część dalszą. Tymczasem zapraszam do lektury.

Spojrzałem na swoją niedopitą kawę. Wywar miał wojskową klasę „B” – był świeżo zaparzony i ciepły, ale nie parzący. Z pewnością nie nadawałby się do wylewania na wieśniaków szturmujących zamek. Chociaż nie był tak aromatyczny jak kawa, którą miałem zwyczaj pić w domu, przywykłem do niego.

Teraz znajdowałem się jednak miliardy kilometrów od mojej rodzinnej planety, na pokładzie „Auroli” – niewielkiego frachtowca wojskowego. Tylną część statku zajmowała maszynownia oraz generator napędu nadprzestrzennego, środkową natomiast ładownia i stołówka, a przednią kwatery mieszkalne, ambulatorium i – rzecz jasna – mostek. Pojazd dodatkowo posiadał dwie wieżyczki plazmowe – jedną na górze, a drugą na dole. „Aurola” miała tyle gracji, co betonowy kloc. Ślamazarne ruchy statku kosmicznego dodatkowo były podkreślane jego kanciastą budową, a po pierwszym spojrzeniu na przerdzewiałe osłony zewnętrzne od razu było widać, że to nie najmłodszy model.

Rozmiar statku nie miał jednak swojego odbicia w sieci korytarzy. Były one tak wąskie, że nadchodzący z przeciwka musieli przyciskać się do ścian. Na suficie co trzy metry rozlokowano czerwone lampy alarmowe, a co sześć syreny. Strzałki na podłodze miały znaczenie, gdy statek był w pogotowiu, a żołnierze w pełnym opancerzeniu, przez co minięcie się z kimś w korytarzu możliwe byłoby gdybyśmy mieli dziury w ścianach. To znaczy większe niż te obecne.

Ładownię „Auroli” wypełniono szarymi kontenerami 2x2x2 metry. To w nich znajdował się cały transport medykamentów. Bandaże, plastry, żele przyspieszające gojenie, morfina, przenośne zestawy medyczne, a nawet stimpaki i oprogramowanie medyczne do kombinezonów osobistych. Wszystko to pierwotnie „Aurola” miała przewieźć na pochłonięty wojną świat Kassarusa, ale w międzyczasie dostaliśmy tę ‚misję specjalną’ i utknęliśmy na tym zadupiu.

Teraz byliśmy tu, ja i reszta oddziału, w celu przechwycenia agenta ze światów zewnętrznych. Naszym zadaniem było odeskortowanie go do sztabu. W grę wchodzą niezwykle cenne dla nas, a raczej dla dowództwa, dane wywiadowcze.

Psia mać! Nie po to wstąpiłem do armii, żeby siedzieć i, popijając kawę, układać sobie pasjansa. W dodatku czekanie na tego popaprańca ma obrzeżach układu było równie fascynujące co strzelanie ślepakami do tarczy. I równie bezcelowe.

Spojrzałem na siedzącego obok Sejaka. Jak on mógł przejść selekcję? Nie dość, że to jeszcze dzieciak to jeszcze ta jego anorektyczna postura. Kończyny jak jakieś przeszczepy, niski jak niziołek i talia przypominająca wypaloną zapałkę. Brakowało mu nie tylko krzepy, ale i mentalności typowego żołdaka. Nigdy nie miał swojego zdania i bał się chyba wszystkiego.

Biedak był równie znudzony swoją misją jak ja. Jedyne co robił to co chwilę sprawdzał odczyty skanera, chociaż i tak mostek będzie wiedział wcześniej o przylocie naszego ptaszka. Siedzieliśmy przy dokach, gdzie będzie cumować nasz gość. Niewielki, oszklony pancerną szybą posterunek przypominał wieżę lotów. Stał na obrzeżu wielkiej hali, w której lądowały myśliwce lub inne małe statki. Zanim zdążyłem sobie rozłożyć kolejną rundkę pasjansa, przy włazie doku zaczęło migać żółte światło.

-Sejak. Jurkowski. – Rozległo się ku uciesze młodego radio, które wieki temu położyliśmy na stole. – Szykujcie się do przyjęcia ładunku. Cel się zbliża. Przechwycić agenta i przyprowadzić na mostek.

-Tak jest – odkrzyknęliśmy niemal równocześnie.

Rzuciłem karty, wziąłem ostatni łyk kawy i zbliżyłem się do bulaju, zakładając jednocześnie swój hełm. Po chwili dostrzegłem kapsułę ratunkową dryfującą w stronę „Auroli”, a nieco dalej patrolowiec zostawiający za sobą wydłużającą się smugę plazmy z napędu. Gołym okiem widać było, że został ostrzelany.

Wraz z Sejakiem czekaliśmy na stanowisku cumowniczym na zbliżający się pojazd. Gdy tylko zakotwiczył na hali, a drzwi hangaru się zamknęły, podbiegliśmy do maszyny.

Powierzchnia kapsuły w kilku miejscach poznaczona była trafieniami z działek laserowych średniego kalibru, ale żaden z nich nie był w stanie przebić poszycia. Na lewej burcie widniała namalowana bandera Przymierza i napis, najpewniej nazwa patrolowca – „Vinia”. Przez wizjer nic nie było widać.

Po chwili właz kapsuły ustąpił z sykiem i stękaniem konającej hydrauliki. Zgrzyt metalu nie był niczym przyjemnym.

Ku naszemu zdziwieniu z ciemności wnętrza wyłoniła się kobieca postać w wojskowym mundurze, pewnie stojąc na nogach. Odgarnęła z czoła potargane włosy i przebiegła wzrokiem po nas. Pech chciał, że zatrzymała się na mnie. Patrzyła mi prosto w oczy i mimo że dzieliła nas spora odległość sparaliżowało mnie. Było w tej kobiecie coś niebywale niepokojącego. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nawet mając na sobie kombinezon wspomagany z łatwością byłby w stanie wyrwać mi kręgosłup. Zerknęła na mój pagon.

-Kapitan Rosie Luisel. Piąty oddział wywiadu szwadronu Kappa. Zaprowadźcie mnie do dowódcy. Trzeba natychmiast wydać rozkaz odwrotu. Obawiam się, że nie przybyłam tu sama…

Jak na potwierdzenie jej słów zawyły syreny alarmowe, a pomieszczenie zalała czerwona fala świateł. Ruszyliśmy na mostek – pierwszy Sejak, potem pani kapitan, a na końcu ja z bronią gotową do strzału. Na wszelki wypadek.

Mijając ambulatorium zatrzęsło statkiem, a nas rzuciło na ścianę. Z każdą chwilą robiło się coraz głośniej, a atmosfera na pokładzie stawała się z każdą sekundą gęstsza.

-Macie agenta? – zawył głos w moim hełmofonie. To był nasz dowódca.

-Tak jest, sir – rzuciłem bez wahania.

-Dawać ją tu natychmiast!

-Tak jest, sir – nie domyśla się, że właśnie staramy się to zrobić?

Kilka pomieszczeń dalej usłyszałem terkot dział pokładowych. Luisel miała rację. Goniła ją co najmniej eskadra myśliwców, jak zgraja os chciwego misia.

W końcu trafiliśmy na mostek. Nasz dowódca – pułkownik Gienadij Zabliv, stał przed dużym ekranem, na którym migały różnokolorowe figury geometryczne. Nie trudno było zgadnąć, że czerwone trójkąty, których było koło tuzina, to wrogie jednostki. Choć na korytarzach panował totalny chaos, to tutaj, w centrum dowodzenia statkiem, wszyscy zdawali się być spokojni i opanowani.

-Wydać rozkaz odwrotu – wrzasnęła pani kapitan, już w progu pomieszczenia.

-Ja tu dowodzę i dobrze wiem co należy robić – odpowiedział opryskliwie Zabliv i odwrócił się w naszym kierunku. Był barczystym, muskularnym mężczyzną i miał trochę świński nos. Jego krzaczaste brwi pasowały do głęboko osadzonych, ciemnych oczu, a pokrytą gęstymi zmarszczkami i starymi bliznami głowę przyozdabiały siwe włosy, skryte pod wojskową patrolówką.

-Za kilka sekund będziemy mieć obliczenia komputera nawigacyjnego do skoku w nadprzestrzeń – krzyknął jeden z techników siedzących przy monitorach.

Statkiem znowu zatrzęsło. Tym razem mocniej. Wszyscy upadli na ziemię. Tu i tam zaczęły iskrzyć oderwane przewody. Kolejna fala silnych wstrząsów. Zerknąłem za siebie. Światło zaczęło mrugać i czuć było swąd spalonej izolacji. Z pękniętych rur zaczęła walić para zasnuwając korytarze mgłą. W niektórych miejscach płaty metalu pokrywające wewnętrzną część statku skapitulowały i oderwały się od poszycia.

Zamknąłem oczy i…

Zobaczyłem błysk. Nagle wszystko ucichło.

*******

Dopiero po chwili usłyszałem trzaski w hełmofonie, skwierczenie instalacji elektrycznej frachtowca i syk pary. Byliśmy w nadprzestrzeni.

Otworzyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że leżę na podłodze. Natychmiast wstałem, ale zrobiłem to za szybko, przez co straciłem równowagę i znowu upadłem. Serwomechanizmy zawyły, a jeden ze wskaźników wizjera zamigał ostrzegawczą żółcią, co znaczyło dokładnie ‘hej, bałwanie, przewróciłeś się’.

Opanowałem drżenie ciała i wstałem ponownie, tym razem bez niespodzianek. Nie tylko ja miałem problem z równowagą – Sejak wciąż niezgrabnie gramolił się z podłogi, starając się opanować kombinezon. Nieopodal widziałem jednego z techników łatającego rury, a trochę dalej medyka kończącego bandażować lewe przedramię pułkownikowi Zablivowi, który chwilę później udał się na rozmowę z panią kapitan.

Przez najbliższy czas nie brakowało mi roboty. Pomagałem przy łataniu dziur, naprawie elektroniki, stabilizowaniu światła oraz odblokowywaniu włazów do niektórych pomieszczeń statku.

Po dwóch godzinach odbyła się w stołówce odprawa dla wyższych stopniem, którą mogłem podsłuchać, pomagając jakiemuś inżynierowi w naprawie systemu gaśniczego.

-Za około osiem godzin „Aurola” dotrze do naszego celu – poinformował przybyłych Zabliv. – Pani kapitan postanowiła uznać na czas powrotu moje zwierzchnictwo i od teraz jest moją zastępczynią, a ponieważ jest tu naszym gościem chcę jej przydzielić straż przyboczną. – ‚Straż przyboczna’ tak najczęściej mówi się o żołnierzach eskortujących VIPów, których głównymi zadaniami są przynoszenie śniadania do wyra, prasowanie ubrań i pilnowanie kwatery.

-Moi chłopcy z przyjemnością podejmą się tego wyzwania – odpowiedział sierżant Rafael Stoneteach, który był jednocześnie dowódcą mojej jednostki. O mało nie spadłem z drabinki, na której stałem. My będziemy pilnować pani kapitan?

-Dobrze. Sam ustal komu przypadnie ten zaszczyt – rozkazał pułkownik.

-Myślę, że obecny tu szeregowy Jurkowski z pewnością podejmie się tego zadania – zaschło mi w gardle i powoli odwróciłem się w stronę zgromadzenia. Wszyscy byli wpatrzeni we mnie.

-Ależ sie… sierżancie! Nie skończyliśmy jeszcze reperować statku, a ponieważ znam się na elektronice jestem tu niezbędny – cicho odpowiedziałem na wypowiedź Stoneteacha.

-Nie jesteś niezastąpiony. Zdenek poradzi sobie bez ciebie. Chcę cię widzieć za piętnaście minut pod kwaterą pani kapitan, jasne?

-T.. tak jest, sir – chciałem zasalutować, ale postanowiłem nie ruszać się na i tak ledwo stojącej drabinie.

-Jeśli można spytać panie pułkowniku – odezwał się dowódca innej jednostki. Był wysoki, a jego szeroka twarz i łysa głowa wyraźnie mówiła, że należy do osobnika, z którym nie warto zadzierać. Umięśnione ciało pokryte jakimś tysiącem blizn świadczyło o bujnej karierze na pierwszej linii frontu.

-Tak sierżancie Crecko? – Zabliv zaczął gładzić swój podbródek.

-Co to za dane, dla których ryzykujemy swoje tyłki?

-Te dane są ściśle tajne – uprzedziła pułkownika panna Luisel. – Nie wolno nam udzielać żadnych informacji na ten temat.

-Pułkowniku! – głos wydobył się z hełmofonu dowódcy i chociaż tylko on powinien go usłyszeć, przez otwartą osłonę wizjera wszyscy go słyszeliśmy.

-Tak?

-Mówi pilot – odezwał się znowu głos, który teraz wyraźnie zaczął drżeć. – Mamy kłopot. Mógłby pan tu przyjść, sir?

-Za moment będę – odpowiedział Zabliv. – Macie osiem godzin odpoczynku, a teraz rozejść się. Po tych słowach pułkownik zniknął w drzwiach prowadzących na mostek. Ja także miałem ochotę jak najszybciej się ulotnić.

*******

Szybko udałem się do swojej kwatery, zdjąłem kombinezon i wślizgnąłem się w zwyczajne, mundurowe spodnie, po czym zapiąłem wyprasowaną koszulę. Przed kwaterą pani kapitan stał niski żołnierz o krótkich blond włosach.

-Ty na zmianę? – rzucił w moją stronę.

-Taa – odpowiedziałem.

-Zamelduj się u pani kapitan. Ja już spadam. Czas coś zjeść.

-Okay – ziewnąłem i podszedłem do drzwi. Dlaczego akurat mnie to musiało spotkać? Zapukałem.

-Proszę – usłyszałem w odpowiedzi, więc wszedłem do środka.

-Szeregowy Piotr Jurkowski melduje się na posterunku – wyprężyłem się jak struna oddając perfekcyjny salut. Nogi miałem jak z waty.

-Witam – z bocznego pomieszczenia wyszła Luisel. Miała na sobie ciemne jeansy i bluzkę w kolorze purpury.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wcześniej nie miałem okazji dobrze się jej przyjrzeć. Była szczupła i wysoka, a do tego nawet bardzo atrakcyjna. Na pewno nie przekroczyła czterdziestki. Zostać kapitanem w takim wieku? Ciekawe. Wyprostowane ramiona i uniesiona broda mogły świadczyć zarówno o jej arogancji, jak również zwykłej pewności siebie. Blond włosy sięgały jej nieco poniżej ramion. Były dość długie, żeby wyglądała seksownie, ale dość krótkie, aby zwrócić uwagę rozmówcy, iż jest od niego mądrzejsza.

-Spocznij – rzuciła i spojrzała na mnie swoimi błękitnymi oczami, ale… trochę inaczej niż wtedy w doku. – Wyglądasz na mniej przestraszonego niż inni.

-Tak jest ma’am – wykrztusiłem w odpowiedzi. Może wyglądam, ale z pewnością się tak nie czuję. Uśmiechnęła się.

-Usiądź. Porozmawiamy – powiedziała. – I… spocznij.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że stoję jak debil z ręką przy skroni i wgapiam się w jej oblicze. Szybko opuściłem dłoń i wypuściłem powietrze. Czy aby nie za głośno?

Nie wiem, czy można siedzieć na baczność, ale nie było chyba trafniejszego opisu dającego wyraz temu, jak wyglądałem. Usiadła przy okrągłym stoliku naprzeciwko mnie i sondowała mnie swoimi niebieskimi oczami.

-A więc… szeregowy Jukoski, tak?

-Jurkowski ma’am – poprawiłem. Czułem lepki pot na wnętrzu dłoni.

-Tak. Jurkowski. Przepraszam. Zawsze mam problemy z tymi waszymi nazwiskami – zachichotała.

-Nie szkodzi ma’am – czyżbym czoło także miał już mokre?

-A więc szeregowy Jurkowski. Właśnie otrzymałam wiadomość od sierżanta, że będziemy na miejscu przed czasem. To dobra wiadomość, ale jest też zła.

-Jaka?

-Podczas ataku myśliwców zostały uszkodzone silniki główne – spoważniała. – Mamy tylko te nadprzestrzenne i manewrowe. Będziemy musieli lądować awaryjnie.

-Przykro mi ma’am.

-Nie musisz się tak do mnie zawracać.

-Tak jest ma’am – wypaliłem zanim dotarło do mnie znaczenie jej słów. Znowu się roześmiała. Czyżbym aż tak bardzo się pomylił oceniając ją tam, na stanowisku cumowniczym? A może bawiła się ze mną jak kot z myszą zagonioną w kąt pokoju?

-Przepraszam – chciałem to powiedzieć, jakbym był pewny siebie, ale efekt był odwrotny i głos mi się załamał. Znowu się roześmiała. Nie śmiała się szyderczo, raczej… życzliwie?

-Wiesz co żołnierzyku? Śmieszny jesteś – kolejny uśmiech.

-Pani wybaczy śmiałość – nie mogłem się powstrzymać, żeby to powiedzieć. – Nie przypomina pani osoby, którą poznałem jako kapitan Rosie Luisel.

Następny śmiech, po którym nastąpił moment ciszy. Po chwili pani kapitan postanowiła się odezwać:

-Trzeba dbać o swój wizerunek w armii, prawda? – spytała i zanim zdążyłem odpowiedzieć dodała: – kogo żołnierze prędzej posłuchają – przyjaznego kolegi, czy władczego przywódcy?

-Raczej… przywódcy?

-Raczej? Pytasz czy odpowiadasz?

-Odpowiadam.

-Z pewnością przywódcy!

-Z pewnością ma’am – nie zdążyłem się ugryźć w język.

-Jesteś niereformowalny.

-Przykro mi pani kapitan.

Nasza rozmowa nie trwała długo. Luisel postanowiła zdrzemnąć się te kilka godzin i zamknęła się w swojej sypialni. Ja zostałem przy stoliku i wyjąwszy karty z kieszeni pomyślałem, że zawsze mogło być gorzej.

Kilka godzin później zawyły syreny, a z głośników wydobył się automatycznie odtworzony, sztuczny głos kobiety:

-Za trzydzieści minut statek wejdzie na orbitę planety. Proszę o zajęcie miejsc i przygotowanie się do lądowania.

-Oho. Zaczęło się – skwitowała Luisel wychodząc ze swojej sypialni. Nie zdążyłem schować rozrzuconych na stoliku kart, ale pani kapitan tylko na nie spojrzała i zaraz zawróciła do pokoju. – Daj mi chwilkę na przebranie – powiedziała jakby nie do mnie, bo zanim skończyła mówić już jej nie było. Nie odpowiedziałem.

Nie minęło pięć minut jak kapitan wyszła do mnie w pełnym opancerzeniu i nie mniej wojskową miną. Zdałem sobie sprawę, że skończyły się uśmiechy. Odeskortowałem ją na mostek i wróciłem do siebie przebrać się w kombinezon bojowy.

-Za dwie minuty… – powtarzał kobiecy głos, podczas gdy cała załoga sadowiła się w kapsułach ratowniczych. Oczywiście gdyby pilot nie był w stanie bezpiecznie wylądować i spalił statek w atmosferze to żadna kapsuła by nam nie pomogła, ale siedzenie w nich dawało chociaż komfort psychiczny. Wszyscy zamocowali przewody pasów i pozamykali swoje hełmy, posiadające własne systemy podtrzymywania życia i klimatyzację, które wkrótce miały okazać się dla nas zbawieniem. ‘Teraz wszystko w rękach pilota’ – pomyślałem.

*******

„Aurola” wchodziła w atmosferę. Za ostro. Po kilku sekundach czułem rosnącą temperaturę, a moja koszulka była cała niczym mokra plama. Wszystko się trzęsło, a silniki manewrowe rzęziły na najwyższych obrotach, dając z siebie wszystko. Ich odgłos przypominał wycie zarzynanych świń.

Na czołach kamratów zobaczyłem krople potu, które później zamieniały się w potoki. Serwomechanizmy kombinezonów bojowych, z chłodzeniem osobistym na czele, jęczały nieprzyzwyczajone do takich obciążeń. Z każdą sekundą było coraz gorzej. Zerknąłem na zewnątrz i od razu tego pożałowałem. Kolejne fragmenty poszycia odrywały się od statku, a bulaj sprawiał wrażenie jakby płonął. Widziałem jak spływające krople jakiejś cieczy w zetknięciu z metalową podłogą natychmiast parowały, a sam kadłub przegrzewał się niemal do przezroczystości. Z sufitu sypały się nity, a po pomieszczeniu latały urwane kable i resztki izolacji termicznej.

Ktoś zwymiotował.

Ktoś odmawiał pacierz.

Nagle nastąpiła cisza i minęła chwila zanim zdałem sobie z tego sprawę. Widziałem jeszcze przez chwilę jak inni krzyczą, ale nic nie byłem w stanie usłyszeć. Wszystko znieruchomiało. Czułem, jakby czas się dla mnie zatrzymał. Nieprzenikniony mrok przyszedł szybko, ale zanim odpłynąłem, półprzytomny zadałem sobie bezsensowne pytanie – czy jak umrę we śnie to dowiem się o tym dopiero rano?

Komentarze: