13.09
2015
W kategorii: Przemyślenia.

Ostatnio tak się złożyło, że zmuszony zostałem do tego, aby pobrać kilka zaświadczeń od ZUSu i USu, w celu uregulowania niektórych zobowiązań. Dzięki temu dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy, których niedane byłoby mi poznać, gdybym siedział sobie spokojnie na etacie w jakiejś korpo. Przede wszystkim potrzebowałem zaświadczenia od Urzędu Skarbowego od kiedy prowadziłem działalność gospodarczą, czy prowadzę ją nadal i czy ją zawieszałem bądź odwieszałem. Wizyta w urzędzie, wypisanie świstka ze wnioskiem, odczekanie swojego w kolejce, później oczekiwanie tygodnia na odpowiedź i dostałem karteluszek, na którym widnieje to, czego potrzebowałem. Cóż w tym dziwnego? Dziwne jest to, że każdy – dosłownie każdy – może uzyskać takie informacje w 2 minuty mając dostęp do Internetu i podstawowe dane mojej firmy. Istnieje bowiem taki twór jak CEiDG, który trzyma takie informacje i prezentuje je dla każdego zainteresowanego z dostępem do neta. Nie jest to może szalenie upierdliwe (poza tym, że musiałem jeździć do urzędu, bo nie chce mi się wyrabiać certyfikatu), ale jednak wieje trochę absurdem.

Kolejną stacją było dla mnie zaświadczenie z ZUSu, że należycie odprowadzałem składki, a robiłem to już sporo ponad rok. Po raz kolejny papierologia do wypełnienia, czekanie na swoją kolej, żeby wejść do akwarium, gdzie już pani z urzędu będzie mogła wziąć moje wypociny i włożyć do odpowiedniej szufladki. Ponad 30 minut czekania, 5 sekund kontaktu z urzędniczką. Nic to – poczekam i dostanę odpowiedź. Jakiż byłem głupi. Po tygodniu oddzwania do mnie pani z ZUSu i mówi, że co prawda składki opłacam regularnie jak należy, ale nie mają mojego deklaracji, że chcę im płacić. Innymi słowy – muszę najpierw urzędowi powiedzieć, że chcę im płacić, bo sami w ciągu roku nie ogarną, że im płacę =p

Ponieważ nie złożyłem rzeczonej deklaracji na początku muszę złożyć wszystkie deklaracje za wpłaty jakie dokonałem. Innymi słowy muszę ponownie udać się do ZUSu, odstać swoje (oglądając filmy propagandowe na telebimie – serio na to idą te nasze podatki?), złożyć bądź co bądź miłej pani stosik kartek (deklaracja składa się z 2 kartek, czyli dla roku działalności jest ich 24), które pani wbiła do systemu, marudząc jak to on wolno działa (widać, że informatyzacja ZUSu za 800mln nie poszła na marne). W sumie przesiedziałem u pani jakieś 15 minut swojego życia. Najlepsze było na koniec. Ponieważ pierwszy miesiąc mojej działalności był niepełny, więc i składkę płaciłem obniżoną (o jakieś 4zł), a mój wniosek był niepoprawny, bo program, w którym automatycznie generowałem dokument nie ogarnął tego niuansu. Okazało się jednak, że to nie problem. Pani wydrukowała jednostronicową deklarację z danych, które miała w komputerze (czyli – z tego co faktycznie zapłaciłem), dała do podpisu i viola!

Pozostaje pytanie – skoro ZUS sam wie ile mam zapłacić i ile im płacę to czemu muszę im to jeszcze deklarować?

Najciekawsze jest jednak to, że wszystkie te zaświadczenia są mi niezbędne w trzecim urzędzie – Urzędzie Pracy. Niby XXI wiek, niby informatyzacja, rynek promujący przedsiębiorczość, a jednak i tak trzeba latać od urzędu do urzędu to jeszcze jak ktoś pracuje w normalnym trybie pracy to w najlepszym wypadku ma jeden dzień w tygodniu na załatwienie swoich spraw. W ZUSie jest jeden dzień, kiedy urząd jest czynny wyjątkowo dłużej. Dojazd z pracy zajmuje mi tam ok. 30 minut (tzn. jak ktoś żyje w innym świecie, gdzie popołudniami nie ma korków), więc kończąc pracę o 16 mam optymistyczne pół godziny na załatwienie swoich spraw. Jeśli ktoś ma nadzieję, że 30 minut stania w kolejce to aż nadto to go rozczaruję – tyle się czeka w godzinach najmniejszego ruchu, a nie gdy wszyscy skończyli pracę. W Skarbowym jest odrobinę lepiej, bo tam czekają na interesantów całą godzinę dłużej. W Urzędzie Pracy natomiast nie ma żadnej taryfy ulgowej – jeśli pracujesz od rana do popołudnia to zawsze pocałujesz klamkę. Nie wspominając o tym, że najczęściej w ciągu dnia gdy tam zawędrowałem to niemal zawsze urzędniczki biegały od drzwi do drzwi i tej, która zajmuje się moją sprawę nigdy nie było. Najsmutniejsze jest to, że to chyba dopiero początek tych dziwactw, z którymi będę musiał się zmagać chcąc legalnie pracować w tym kraju…

14.11
2013

Uwaga! Chociaż w szarości dnia codziennego brzydzę się językiem rynsztokowym, nie mogłem powstrzymać od użycia słów powszechnie uważanych za obelżywe. Stąd zatem przeprosić pragnę tych, których owe słowa w oczy razić mogą.

Rzecz się ma o wydarzeniach ostatnich, ale zanim przejdziemy do meritum – zacznijmy od początku. Ponieważ z rana w pewien dzionek listopadowy, domyślacie się zapewne który, do domu wracać musiałem, po nocy spędzonej u mojej lubej, dumą napawały mnie przygotowania do dnia odświętnego w moim mieście. Biało-czerwone balony, flagi na każdym słupie, taśmy ostrzegawcze w wyjątkowo narodowych kolorach =p, a nawet pojazdy komunikacji miejskiej przyozdobione i wyjątkowo jak na poranek pogodni ludzie. Ten widok naprawdę napawał dumą i radością. Do domu wróciłem, zająłem się swoimi sprawami, telewizji nie oglądam, wiadomości w Internecie także nie ruszałem. Pewnie podświadomie nie chciałem sobie psuć tak cudownego dnia. Kolejne dwa dni także olewałem całkowicie tabloidowe tematy, odnoszące się do naszego święta, jednak ich ilość, a także jakość wypowiedzi przelała gorycz serca i siedzieć z zamkniętą mordą nie mogę.

Czy naprawdę my – Polacy – nie możemy mieć choć tego jednego, jedynego dnia, gdzie będziemy radośnie i wspólnie, bez podziałów na lewych i prawych, bez wyzwisk, że jeden to żyd, a drugi pedał, a trzeci kulawy? Nie możemy tego jednego dnia się zjednoczyć i świętować coś, co nas wszystkich łączy i z czego wszyscy razem garściami czerpiemy – z niepodległości naszego kraju? Nie możemy się cieszyć świętem, które mówi o tym, jak nasi przodkowie wywalczyli wolność dla nas i naszych dzieci, przelewając krew i pot, i łzy dla naszej sprawy?