23.06
2011

Coraz częściej w mediach pisze się i mówi o wolności słowa, czy może raczej – jego ograniczaniu. Pod płaszczykiem dbania o obywateli i praw ludzi rządy toczą zażarte boje o cenzurę lub (jak kto woli) filtrowanie treści niepożądanych.
Nie od dziś wiadomo, że Internet jest nie tylko medium skierowanym na dzielenie się informacjami każdego z każdym. Nie jest także nowością, że za tą technologią kryją się niewyobrażalne wręcz sumy pieniędzy – kierowanych zarówno na bezpieczeństwo sieci, czy reklamy, a także inne – mniej lub bardziej widoczne – elementy życia sieciowego.

Za pieniędzmi wołają

Nie da się ukryć, że gdzie wielka kasa, tam też znajdą się ci, którzy z chęcią położą na niej łapę. Już dziś do czynienia mamy z akcjami, które za cel obierają sobie cenzurę, choć powszechnie mają wzniosłe idee. Jakiś czas temu Google było wręcz szantażowane przez rząd USA, że jeśli nie zaczną filtrować z wyników wyszukiwarek torrentów (a pamiętajmy, że torrenty same w sobie nie są nielegalne w żaden sposób), a także stron uznanych za szerzące piractwo komputerowe (przy czym nikt nie wiedział kto będzie dopisywał witryny na tę listę) to zaczną blokować działania wuja Google’a. Dochodzi wręcz do tego, że rząd ju-es-a pozwala sobie na blokowanie całych domen, które w rzeczywistości jedynie szukają treści (USA kontra torrenty), ale ani ich nie promują, ani nie przechowują w żaden sposób.
To wcale nie pierwsza i zapewne nie ostatnia próba ingerencji w treści wyświetlane w naszych przeglądarkach. Już jakiś czas temu przecież powstawała z inicjatywy Unii Europejskiej próba cenzurowania Internetu. O tym jak powszechne jest cenzurowanie i usuwanie treści niepożądanych przez poszczególne kraje możecie zobaczyć na przykładzie wyszukiwarki Google, która nawet prowadzi statystyki miesięczne z tego zakresu (Gugiel).

Rządy się bronią

O tym, że niektóre rządy kryją za dużo kompromitujących je treści pokazało już nam Wikileaks. Nic więc dziwnego, że niektóre władze bronią się jak mogą i cenzurują co tylko się da. Francuskie HADOPI nic w zasadzie nie zdziałało, Iran, Syria i inne kraje nieustannie są atakowane przez przeciwników blokad, z cenzurą w Chinach to różnie bywa, a jedynie Korei Północnej się to w miarę udało… ale to nic dziwnego, skoro tam w zasadzie nie ma Internetu.
Z tego też powodu powstaje cała masa akcji nawołujących do zaprzestania cenzury. Jedne są nastawione na manifestacje i informację ludzi (Why We Protest?), inne z kolei starają się wziąć sprawy w swoje ręce i kopać dziury pod fundamentami rządów wspierających takie procedery. Przykładem tego drugiego jest ostatnia akcja LulzSecu, który swoje siły połączył z Anonymous (przy czym warto dodać, że dotychczas obie ‚organizacje’ za sobą nie przepadały). W akcji tej nawołują wszystkich hakerów do notorycznego atakowania rządów państw kroczących lub wkraczających na ścieżkę cenzury, a także organizacji i korporacji o podobnych zapędach. O samej akcji można poczytać choćby tutaj: #AntiSec.

Robi się poważniej

Dziwnym trafem cała wrzawa wokół tych ataków i nagonka na hakerów zbiegła się ze wprowadzeniem stosunkowo niedawno nowego prawa w Ameryce, o którym mówił jeden z członków Pentagonu:

A response to cyber-incident or attack on the U.S. will not necessarily be a cyber-response. All appropriate options would be on the table. We reserve the right to use all necessary means — diplomatic, informational, military, and economic.

Przekładając na nasze znaczy to pokrótce to, iż na niektóre ataki internetowe rząd tego wspaniałego kraju będzie mógł odpowiedzieć m.in. odpalając bombę w natarczywego hakera. Przynajmniej tak to wygląda na piśmie, no i chyba nikt nie wierzy w to, że amerykanie będą strzelać rakietami na swoim terytorium w cyberterrorystów, kiedy mogą najzwyczajniej wysłać tam jednostkę policji wyspecjalizowanej (czyt. antyterrorystów =p). Jest to oczywista furtka otwierająca możliwość inwazji na obce państwo – przecież wszystkim znudziły się już poszukiwania wyimaginowanych bomb Husseina, czy klepanie ‚terrorystów’ w Afganistanie (względnie – łapanie nowych złóż ropy).
Sytuacja staje się o tyle gorętsza, że przecież nie zawsze można jednoznacznie wskazać na sprawcę incydentu, nie jest tak trudno także wrobić kogoś innego (Atak na Komodę). No i co, gdy za atak będzie odpowiedzialna grupka szczyli, o których istnieniu rząd, z którego prowadzony był atak pojęcia nie ma?

Komentarze: