02.01
2013
W kategorii: Przemyślenia.
Tagi: .

Żyję normalnie w państwie debili i niedorozwojów społecznych. Nieraz podróż komunikacją miejską jest okraszona mniej lub bardziej porąbanymi wydarzeniami zainicjowanymi przez różne indywidua. Zwykle jednak owe przypadki są na tyle marginalne lub sporadyczne w poszczególnych podróżach, że się ich nie zauważa. Być może to dlatego, że już mam to w dupie. Być może z niewyspania albo po prostu ‚ja nie patrzę, więc tego nie ma’. Czasem jednak zdarza się prawdziwa kumulacja jełopów i istna feeria teatru świń.

Koniec pracy to i na autobus trzeba pójść. Całe moje szczęście (jak się później okazuje iluzoryczne), bo akurat podjeżdża spóźniona rakieta, w którą to się elegancko pakuję, celem przebycia całych 4 przystanków. Wszystkie miejsca siedzące w pojeździe zajęte, ale ponieważ zająłem wygodne miejsce dla inwalidy (tak, tak – wiem.. też nieraz czuję się jak inwalida umysłowy w naszym społeczeństwie), a podróżnych niewiele, to nie było potrzeby pierdzieć, żeby zrobić sobie miejsce. =)

Przystanek kolejny i na parkiet autobusu kładą się energicznie dwa przednie koła wózka dziecięcego. Ludzie niechętnie i leniwie zaczynają się rozchodzić na boki, a ja, jako że byłem na samym końcu peletonu, miałem to nieszczęście, że musiałem pchać to całe tałatajstwo dalej, bo choć pół autobusu wolna to bydło myśli, że jak zrobi jeden krok w przód to tam dalej wszyscy już się zmieszczą. Żeby tego było mało to kobiecina z wózkiem (młoda cizia mizia) miast poczekać, aż jej rozentuzjazmowany tłum miejsce zrobi, pcha się na siłę w miejsce, które ‚jej się należy’, jeżdżąc ludziom po palcach, pchając przodem wózka i z miną babci klozetowej, sprawdzającej, czy za mocno nie ufajdałeś szaletu, sadzi swoje potomstwo w rydwanie, niemalże pchając wszystkich wkoło łokciami.

Trochę się tłoczno zrobiło, no to stoję sobie cicho, trzymając się poręczy. Nagle okazuje się, że ci z lewej chcą na prawo, a z prawej na lewo i tak oto starszy pan laską miejsce sobie robi między mną, a rurą chwytną autobusu, bo przejść przecież musi, babka o rozmiarach średniego hipopotama pcha się od tyłu, jakaś młoda brunetka zaaferowana rozmową przez telefon musi odgarniać mnie jak wiszący w garderobie stary już strój karnawałowy, a ja czuję się jak szmaciana lalka, targana w jedną i drugą stronę. Żadnego ‚przepraszam’, żadnego ‚dziękuję’, żadnego ‚suń dupę młody człowieku’. Wszyscy kurwa niemi i niedowidzący na odległość większą niż średnia długość kroku wróbla. Patologia.

Przesiadka.

Jako rzekłem cztery przystanki przebyłem i na hali wysiadłszy, na kolejny autobus czekałem – trzeba nieraz wręcz wychodzić z rękoma wyciągniętymi na wprost jak chodząca mumia, czy zombie, bo pajace stoją przy wejściu i nie dość, że miejsca wychodzącym nie zrobią to nieraz, jak tylko drzwi się otworzą, od razu pchają się do środka, coby lepsze miejsce zająć.

Długo patrzeć na buców w samochodach zasuwających jak kot potraktowany zraszaczem i wjeżdżających w każdą, nawet najmniejszą kałużę przy przystanku, celem ulżenia sobie poprzez wkurwienie innych, nie musiałem. 194 do domu poproszę. Ponieważ krótką podróż autobusem z paroma palantami (może coś w powietrzu tam po prostu wisiało?) ciężko nazwać ‚kumulacją’ to tak, zgadliście – cyrku ciąg dalszy.

Autobusy na hali (zresztą nie tylko tam) mają to do siebie, że stają trochę dalej od przystanku. Zwykle ostatnie albo przedostatnie drzwi lądują na wprost wiaty, dlatego nie rozumiem dlaczego niektórzy (tj. większość) ludzie mają tak nasrane w głowie, że nie potrafią zapamiętać tego jednego i niezmiennego już od chyba kilku lat faktu. Stoję więc sobie spokojnie za (lub przed – zależy w której strony spojrzeć) przystankiem i widzę, jak autobus leniwie dotacza się na swoje miejsce. Czemu leniwie? Bo raz – nie chce chlupać ludziom wodą po kostkach, a dwa – te nierozgarnięte imbecyle stoją nie jak na chodniku, koło którego przejeżdża autobus, ale jak zawodowi pływacy szykujący się do skoku do wody i kierowca najzwyczajniej musi uważać, żeby któremuś nie przyłożyć z lusterka. Nie, żeby to był jakiś uszczerbek na mózgu (bo tego najpierwej trzeba mieć), ale pojazdu trochę szkoda, bo to nowszy Solaris i do tego na nowy rok umyty.

A zatem stoję sobie kilka metrów od tego tałatajstwa i dość daleko od krawędzi jezdni, żeby się na mnie kierowca krzywo patrzeć nie musiał. Gdy jednak ten podjeżdża pod moje miejsce, ustawiając drugie z rzędu wejście przede mną, widzę, jak tabun ludzi idzie za owymi drzwiami, jak niegrzeczne dziecko wodzone przez zdenerwowanego rodzica za ucho. Zbliżając się do autobusu, w moim mniemaniu, jasno daję znać, że mam zamiar wejść do środka. Nie stoi to jednak na przeszkodzie pchać się temu zwierzyńcowi (któremu notabene przodują, jak zwykle w takich sytuacjach, panie nie pierwszej młodości) i całować szybę drzwi, zanim te zdążą się otworzyć.

Oczywiście zaraz po otwarciu wszystko przebiega nadal błyskawicznie. Każda osoba, która wbiega zdaje się być dwa razy szersza niż wyższa (‚bo mnie ta chytra kunda z zielonym szalikiem jeszcze wyprzedzi!’), wchodzi dwa albo trzy kroki (w zależności o ‚przyziemienia’ danego osobnika) i nerwowo rozgląda się na lewo i prawo, licząc które miejsce dobre i na które zdąży dobiec zanim zajmie je ktoś inny, wchodzący kolejnymi drzwiami. Nie brak oczywiście babeczek, które kładą siatki na siedzenie i dopiero wtedy udają się do kasownika, a nawet stoją specjalnie w przejściu (z miną Gandalfa mówiącego ‚you cannot pass!’) i kasujące swoje dwa wymiętolone bilety i które przez owe wymiętolenie skasować się zamiaru nie mają.

Szczęście w nieszczęściu, że choć stałem jako pierwszy przy drzwiach, wszedłem jako ostatni do autobusu (pchać się z babciami nie będę, bo mnie która sztuczną szczękę na pamiątkę w łydce zostawi) to udało mi się zająć zaszczytne miejsce koło pewnego jegomościa. Starszy ździebko ode mnie, gabarytów niewiele większych, jedynie w kurtce puchowej, a mimo to siadając obok musiałem prawie jednym półdupkiem w powietrzu wisieć, bo się waćpan rozłożył i skondensować się zamiaru nie miał. Ile się nawierciłem, żeby nie musieć jedną nogą stać w przejściu, to moje.

Podróż dalsza nie mniej ciekawa. Oto bowiem do wrót pojazdu miejskiego numeru 5-cośtam-cośtam-cośtam wkroczyli panowie potocznie zwani od gatunku, w jakim zaszczyt miał znaleźć się Tweety. Oczywiście panowie z tyłu zaczęli już regułkę ‚dzień dobry, poproszę bilety do kontroli’, ale pan z przodu chwilkę poczekał, bo jakiś jegomość gmerał przy kasowniku z portfelem w ręku. Oczywiście jedna z dwóch, najgłośniej trajkoczących pań, a siedząca zaraz przy wejściu, od strony okna, naraz przypomniała sobie, że ma bilety do skasowania i magicznie szybkim ruchem (oczywiście wszystko głośno komentując) podała je koleżance, żeby skasowała. Pan przy kasowniku zrobił swoje, kontroler widział zachowanie pań i zanim koleżanka zdążyła skasować (dupy oczywiście z miejsca nie ruszając, tylko gimnastykując się jak to zrobić na siedząco) kontroler poprosił o okazanie biletów i pani ręką zasłonił dziurkę kasownika.

Zaczęło się tradycyjnie ‚proszę pana, ja zapomniałam’, podała babka swój bilet miesięczny, mówiąc, że już nieważny i dziś nie zdążyła doładować (dlatego właśnie miała przy sobie jednorazówki), walidator zapiszczał (pani o mało co razem z nim), a kontroler poprosił o dowód osobisty. Potem już tylko:

– Ale ja mam bilet miesięczny.
– Z tym, że jest nieważny, więc tak, jakby go pani nie miała.
– No bo zapomniałam go wczoraj doładować, a jeżdżę na miesięcznym, więc zapomniałam skasować.
– No niestety – kobieta podaje swój dowód, a kanarek wypisuje blankiecik.
– To co ja mam teraz zrobić? – pyta zdesperowana kobita, a jej koleżanka w moherowym bereciku (serio! choć na babcie za młode były, to ów czapencja najwidoczniej aktywnie wpływa na pracę mózgu dowolnego nosiciela) wciąż nie przestaje biadolić, że ona tylko zapomniała, że to przecież niepotrzebne itd.
– Wypiszę pani mandat.. może pani zapłacić na miejscu albo na poczcie, czy w biurze obsługi klienta.
– A ile to kosztuje?
– Na miejscu 90, później 180.
– Tak drogo? Ja płacić tak nie będę.
– Nie płaci pani na miejscu? – dopytuje kontroler.
– Nie. Czemu tak drogo? Jak tak można?
– No niestety, ceny ustala urząd miasta w Gdyni – ucina temat kontroler, po czym następuje chwila na dokończenie pisania mandatu.
– Ale macie żniwa, co nie – syczy przez zęby niezadowolona bździągwa.
– Proszę pani, to nasza praca. Żniwa to są w lipcu i sierpniu – ironizuje kontroler.

Oczywiście po oddaniu blankieciku pan zaczyna konwersację z kolegami po fachu, a kobieta w ryk, że on jej wypisał mandat na 180zł, a ona przecież chciała na miejscu zapłacić. Facet nie zrażony tłumaczy, że się dopytywał, ale wyjmuje plik karteczek, a obie babki sobie wtórują i pierdzielą ‚no przecież mówiłam, że zapłacę’, ‚no przecież mówiła’, ‚no mówiłam, chyba, co nie?’, ‚no mówiłaś’. Ludzie wokół albo wkurwieni na ten cały rumor, albo podchichują sobie pod nosem. Skończyło się tym, że babka zapłaciła, kontrolerzy wysiedli, a kobita dalej z koleżanką trajkocze o tym, jak to ona w konia zrobiona została i nie rozumiejąc, że gdyby każdy się tak tłumaczył to nikt mandatu płacić by nie musiał, co jest najzwyczajniej – tak, zgadza się – debilne.

Współczuję tym kontrolerom, bo fucha niemiła – raz starsze babki marudzące, innym razem młodzież próbująca uciec, czy się bić, a innym razem cwaniakujące dzieciaki. I zanim mi kto tu zacznie pierdolić, że to kasować nie trzeba albo że robią to tylko frajerzy lub narzekających, że drogo, drogo i coraz drożej to śpieszę przypomnieć, że owa cena jest także spowodowana tymi półgłówkami, którzy (świadomie i z premedytacją) jeżdżą na gapę. Paliwo kosztuje, eksploatacja autobusów tania wcale nie jest, kierowcy i mechanicy także zarobić chcą, a na to skądś kasę trzeba brać. Marzy mi się, aby wreszcie w Polsce było normalnie, żeby ten uczciwy człowiek był poważany, a nie wyzywany od frajerów, bo to on musi notabene płacić za tych imbecyli.

Jadąc z tematem dalej – na Obłużu koleś, który zajmował półtora miejsca nareszcie wysiadał. Ba! Nawet raczył przeprosić! Aż mi się miodno zrobiło na sercu, że ktoś wreszcie wychowany z tej ‚starszyzny’, która ma być przykładem i wzorem dla młodych ludzi, jak się w społeczeństwie kulturalnie i cywilizowanie zachowywać. Przesiadłem się pod okno, ponieważ jechałem do końca i nie miałem zamiaru wstawać po raz kolejny. Moja radość długo nie trwała, bo dosiąść się musiał oczywiście kolejny trójpodbródkowicz, który prawie mnie w szybę wgniótł. Że też taki musi płacić tylko jeden bilet, zajmując prawie dwa miejsca. Ja sam nieraz jadąc z masą tobołów i toreb zajmuję połowę tego, co on. Oczywiście może bym taki złośliwy nie był, ale w sytuacji, gdy siedzenia rząd wcześniej były puste…

…dojechałem.. to się liczy. Aż boję się jutro wsiadać do autobusu.

Komentarze: